Rzeczpospolita
20.09.03 Nr 38
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


NIEMIECKIE ZIOMKOSTWA

Odwetowcy czy ofiary historii?

JAROMIR SOKOŁOWSKI

Zjazd Ziomkostwa Ślązaków w 1951 r.

(C) CAF/AP

Przez długie lata niemieckie organizacje ziomkowskie i ich liderzy byli stale obecni w polskich mediach. "Trybuna Ludu" regularnie donosiła na pierwszych stronach o ziomkowskich zjazdach i krzykliwych wypowiedziach "zawodowych wypędzonych", domagających się rewizji granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

"Zachodnioniemieccy rewizjoniści", wysuwający roszczenia majątkowe wobec Polski, byli w PRL uosobieniem politycznego zła. To w nich upatrywano kontynuatorów agresywnego prusko-niemieckiego "Drang nach Osten". To oni budzili najgorsze wspomnienia i resentymenty.

Po przełomie 1989 roku zainteresowanie "wypędzonymi" spadło. Traktat graniczny (1990 r.) oraz traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy (1991 r.) otworzyły nowy rozdział w stosunkach polsko-niemieckich, stwarzając podstawy do rzeczywistego zbliżenia. I chociaż na początku lat 90. trudno było w to uwierzyć, w stosunkach między Polakami i Niemcami doszło do "cudu pojednania". Wielu ziomków przyjeżdżało do Polski. Przybywając do domów, w których dawniej mieszkali, często spotykali życzliwych sobie Polaków, świetnie rozumiejących ich los. Oni też byli często ofiarami wysiedleń. Zawiązywały się nowe przyjaźnie. Przykładem takiego polsko-niemieckiego zbliżenia, jak słusznie zauważył we wtorkowym wydaniu "Rz" Thomas Urban, może być odznaczenie Herberta Hupki przez władze rodzinnego Raciborza za zasługi na rzecz polsko-niemieckiego pojednania. Wielu polskich pisarzy, w tym takie znakomitości jak Paweł Huelle, zajęło się losami niemieckich przed wojną miast, w których dane im się było urodzić.

O "wypędzonych", ich ziomkostwach i wysuwanych wobec Polski roszczeniach prawie zapomniano. Związek Wypędzonych (BdV) zaczęto traktować jako relikt zimnej wojny, wegetujący na marginesie niemieckiego życia politycznego. Zapomniano, że niektórzy niemieccy politycy jeszcze w latach 70. mamili "wypędzonych" wizją powrotu do "utraconej ojczyzny", a kanclerz Helmut Kohl zwlekał z uznaniem granicy.

Tymczasem "wypędzeni" weszli na salony nowej Republiki Berlińskiej. Główna w tym zasługa przewodniczącej BdV Eriki Steinbach, ale i rządzących socjaldemokratów.

Dziedziczny status

Czym tak naprawdę jest Związek Wypędzonych? I po co powstał? BdV został powołany do życia w 1957 roku w wyniku połączenia Związku Wypędzonych Niemców (BvD) i Związku Ziomkostw (Verband der Landsmannschaften). Jego głównym celem była pomoc w integracji ponad 10 milionów przesiedleńców i reprezentowanie ich interesów na niemieckiej scenie politycznej. Organizacje wysiedleńcze zasadzały się na trzech filarach: organizacjach regionalnych, w ramach których wysiedleńcy walczyli o swoje sprawy w miejscu swego zamieszkania w RFN, organizacjach ziomkowskich, jednoczących grupy wysiedleńców pochodzących z tych samych stron (np. Ziomkostwo Sudeckie) oraz organizacjach grup zawodowych.

BdV przez długie lata był beneficjantem niemieckiego ustawodawstwa, które bardzo szeroko definiuje pojęcie "wypędzonego". Niemiecki parlament, uchwalając w 1953 roku "ustawę o wypędzonych i uciekinierach", włączył do tej grupy m.in. Niemców i "członków niemieckiej grupy narodowej", którzy "wykonując swój zawód" znaleźli się w czasie II wojny światowej na terenach należących przed 1914 rokiem do Rzeszy bądź też do Monarchii Austro-Węgierskiej, a musieli je opuścić w wyniku "wypędzenia". Status "wypędzonego" ma - w myśl przytoczonej ustawy - charakter dziedziczny. Trudno więc się dziwić przewodniczącej BdV, Erice Steinbach, która nie rozumie, gdy ktoś jej zarzuca, że jako urodzona w pomorskiej Rumi córka okupującego Polskę podoficera nie jest prawdziwą "wypędzoną". W Niemczech można być bowiem "wypędzonym", nie będąc wcale ofiarą wysiedlenia.

Nienazwani sprawcy cierpień

W rozważaniach nad "wypędzonymi" nie można pominąć przyjętej 5 sierpnia 1950 roku Karty wypędzonych; dokumentu pozostającego do dzisiaj manifestem programowym BdV. To właśnie na 5 sierpnia, w rocznicę jej uchwalenia, Steinbach domaga się wyznaczenia w RFN narodowego dnia pamięci o ofiarach "wypędzeń". Wniosek w tej sprawie przyjęła już latem tego roku - zdominowana przez chadecję - izba niemieckich landów, Bundesrat.

"Wypędzeni" chętnie cytują akapit Karty poświęcony gotowości wysiedleńców do "rezygnacji z zemsty i odwetu" i zawierający deklarację, że opowiadają się oni za "stworzeniem zjednoczonej Europy, w której narody będą mogły żyć bez strachu i przymusu". Rzadko przypominają za to, że kilka linijek dalej zapisano, iż "oddzielanie ludzi siłą od ich stron rodzinnych należy uznać za mord dokonywany na ich tożsamości". Opowiadając się za integracją europejską, wysiedleńcy nie wyrzekli się bynajmniej swej dawnej ojczyzny. Wręcz przeciwnie: zaapelowali do niemieckiej klasy politycznej o uznanie i realizację tzw. prawa do ojczyzny. W Karcie znalazło się również wezwanie do włączenia "wypędzonych w dzieło odbudowy Europy". "Wypędzeni" zaapelowali do światowej opinii publicznej o uznanie ich losu za "problem o wymiarze światowym" (Weltproblem), który wymaga rozwiązania.

Karta nie zawiera żadnych konkretnych odniesień do kontekstu historycznego, w którym doszło do wysiedlenia. Można w niej za to znaleźć tendencję do relatywizacji niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej. Sprawcami cierpień, które stały się udziałem ludzkości, nie byli - zdaniem autorów Karty - wcale Niemcy, a nawet reżim nazistowski. Cierpienia te "przyniosła ostatnia dekada (tj. lata 40.)". W opinii twórców Karty największymi ofiarami tego czasu, byli... "wypędzeni".

Zrozumienie logiki Karty pomaga w zrozumieniu stylu myślenia Eriki Steinbach i jej podobnych. "Wypędzeni", uznając się za główne ofiary wojny, mają - w swej ocenie - prawo do pisania na nowo historii i formułowania roszczeń. A mają ich całkiem sporo.

Dekrety, emerytury, odszkodowania

I tak, od Czechów domagają się zniesienia dekretów Benesza, a od Polski tzw. dekretów Bieruta, które przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków, Rudi Pawelka, określił mianem rasistowskich. Ich odwołania domagał się w zeszłym roku chadecki kandydat do fotela kanclerskiego Edmund Stoiber, a latem tego roku - wiceprzewodniczący frakcji CDU/CSU w Bundestagu Friedrich Merz.

Steinbach starała się o wprowadzenie iunctim pomiędzy zniesieniem przez Warszawę i Pragę dekretów a zgodą na przystąpienie naszych krajów do UE. Nic z tego jednak nie wyszło, a sama Steinbach w decydującym głosowaniu w Bundestagu nad członkostwem "dziesiątki" w Unii zagłosowała tak, jak jej klubowi koledzy, tzn. poparła traktat akcesyjny. BdV nie daje jednak za wygraną, domagając się po naszej integracji z UE skrócenia dla "wypędzonych" okresu przejściowego na zakup nieruchomości i ziemi.

"Wypędzeni" żądają od nas wprowadzenia podwójnego nazewnictwa w rejonach zamieszkanych przez mniejszość niemiecką, oczekując, że zgodzimy się na nazwy nadane śląskim wsiom i miasteczkom w III Rzeszy. Wzywają też do "zwrotu niemieckich dóbr kultury". Poza tym domagają się, by przedstawicielom mniejszości niemieckiej przy naliczaniu emerytur uznano okresy służby w niemieckich siłach zbrojnych za "okresy uwzględniane w podwyższonym wymiarze", co doprowadziłoby do podniesienia ich świadczeń i oznaczałoby - w ich ocenie - "zakończenie dyskryminacji mniejszości niemieckiej". Przedstawiciele mniejszości już od lat uzyskują od państwa polskiego świadczenia za okres służby w Wehrmachcie. To, czego nie otrzymują i w czym dopatrują się dyskryminacji, to status kombatancki, przysługujący w Polsce jedynie służącym w Wojsku Polskim i armiach sojuszniczych.

BdV od lat żąda wypłacenia odszkodowań byłym niemieckim jeńcom i niemieckiej ludności cywilnej zatrudnionej po wojnie w ZSRR oraz w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Związek postulował, by niemiecki rząd podjął w tej sprawie negocjacje z Warszawą. Po negatywnej odpowiedzi z Berlina chce teraz, by odszkodowania wypłacono z niemieckich pieniędzy.

Centrum przeciwko Wypędzeniom

Głównym postulatem Steinbach pozostaje stworzenie w Berlinie Centrum przeciwko Wypędzeniom. Jej determinację łatwo zrozumieć. Po pierwsze: projekt Centrum jest de facto jej autorskim pomysłem, dzięki któremu stała się znaną osobistością na niemieckiej scenie politycznej i zagościła tego lata w felietonach - również lewicowych - dzienników. Do współpracy udało się jej zaprosić wiele sztandarowych postaci niemieckiego życia kulturalnego i naukowego, w tym prominentnych przedstawicieli lewicy. Po drugie zaś, Centrum stanowi rodzaj gwarancji przetrwania BdV. Pokolenie, które przeżyło wysiedlenia, wymiera. Maleje też liczba aktywnych działaczy Związku Wypędzonych. Wzrasta za to zainteresowanie tematem wysiedleń (seriale telewizyjne, artykuły w prasie, wiele powieści poświęconych temu tematowi, rosnąca skłonność do postrzegania się w Niemczech w kategoriach ofiary).

W czasach postmodernistycznego relatywizmu "wypędzeni" wchodzą na niemiecki rynek emocji i oferują nowe spojrzenie na historię. Każdy ma przecież prawo poczuć się wyjątkową ofiarą. Już dzisiaj można sobie wyobrazić program obowiązkowej wycieczki do Berlina niemieckich maturzystów za kilka lub kilkanaście lat. Do południa pomnik Ofiar Holokaustu i willa w Wannsee, w której podjęto decyzję o "Endlšsung". W południe wizyta w "Topografii Terroru", zorganizowanej na zgliszczach siedziby Gestapo i SS. Po południu Bendler-Block, gdzie stracono część przywódców antyhitlerowskiego puczu w 1944 r., a wieczorem Centrum przeciwko Wypędzeniom, gdzie nareszcie będzie można trochę odetchnąć.

Koncepcja Centrum przedstawiona opinii publicznej w 2000 roku sprowadza się do tego, że na wystawie ukazane zostanie prawie wyłącznie cierpienie Niemców. Autorzy zamierzają przedstawić wstrząsające doświadczenie Zła, którego ofiarą padli niemieccy wysiedleńcy po to, by po tej konfrontacji poprowadzić swych gości do Rotundy Ciszy, pomyślanej jako "miejsce pamięci i zadumy", a następnie przedstawić im pozytywne przykłady powojennej integracji ziomków w RFN. Wstrząsające doświadczenie Zła, oczyszczenie, identyfikacja - oto środki, którymi chcą się posłużyć twórcy Centrum. Nie stronią przy tym od elementów wyraźnie relatywizujących holokaust. Polskie obozy dla wysiedlanych Niemców określane są w tym studium koncepcyjnym "obozami zagłady". Pojęcie to zarezerwowane było dotychczas jedynie dla hitlerowskich fabryk śmierci.

Stan wiedzy o wysiedleniach jest w RFN stosunkowo niewielki. Kto pierwszy podejmie ten temat i spróbuje stworzyć nowe znaczenie pojęcia "wypędzenia", może liczyć na sukces. Wśród uczniów i studentów, odwiedzających w przyszłości Centrum, znajdzie się bowiem wielu potomków wysiedleńców. W ten sposób Związek będzie mógł wychowywać sobie nowe pokolenia Niemców utożsamiających się z losem "wypędzonych", odczuwających wysiedlenie swych przodków jako przejaw bezprawia, a utratę "wschodnich prowincji" jako historyczną niesprawiedliwość. "Niemieckości" tych ziem ma być poświęcona znacząca część ekspozycji.

Centrum stałoby się w ten sposób rodzajem "polisy na życie" BdV. Stąd najprawdopodobniej determinacja Steinbach. Przewodnicząca BdV sprytnie wybrała moment prezentacji pomysłu budowy Centrum. Czystki etniczne na Bałkanach w drugiej połowie lat 90. wstrząsnęły niemieckim społeczeństwem. Oburzenie było tak wielkie, że kierowany przez Schršdera rząd koalicji SPD - Zieloni zdecydował się - mimo olbrzymiego sprzeciwu, głównie sympatyków Zielonych - na wysłanie Bundeswehry na Bałkany. Szeroko dyskutowane w mediach drastyczne akcje wysiedleńcze, których ofiarą padali Bośniacy i mieszkańcy Kosowa, pozwoliły Steinbach i jej zwolennikom na przywołanie losów wysiedlanych Niemców. Podkreślając niezbywalny charakter praw człowieka (nie bawiono się przy tym w badania nad ich kształtem w drugiej połowie lat 40.), Steinbach apelowała o większe zrozumienie dla niemieckich ofiar "wypędzenia".

Otwarte kwestie

Pośród postulatów formułowanych przez BdV pod adresem Polski i Czech znajduje się apel o realizację "prawa do ojczyzny" oraz "podjęcie z Warszawą i Pragą dyskusji nt. otwartych kwestii". Za otwartą kwestię "wypędzeni" uznają m.in. odszkodowania majątkowe za nieruchomości "pozostawione na Wschodzie"; jednocześnie niemiecki rząd wzywany jest do wspierania "wypędzonych" w wysiłkach na rzecz "uzdrowienia i zadośćuczynienia bezprawiu, którym było wypędzenie" oraz podnoszenia roszczeń "wypędzonych" wobec Warszawy i Pragi. Steinbach formułuje ten postulat niezwykle ostrożnie. Ma bowiem z jednej strony świadomość, że niemiecka doktryna w tej sprawie - w ramach której powojenne "wypędzenie" i wywłaszczenie Niemców bez odszkodowań jest w RFN nadal określane mianem bezprawia (Unrecht) - nie uległa od kilkudziesięciu lat zmianie.

To właśnie mianem bezprawia Schršder określił dwukrotnie "wypędzenie" Niemców w swym kilkuzdaniowym wystąpieniu, w którym zdystansował się od berlińskiej lokalizacji Centrum w połowie sierpnia. Z drugiej zaś strony, domagając się od nas "symbolicznego gestu" i próby "zaleczenia ran", oddaje inicjatywę w ręce Pragi i Warszawy. W ten sposób unika kontrowersji wśród niezwykle zróżnicowanych środowisk wysiedleńczych. Część ziomkostw jest bowiem rzeczywiście zainteresowana dialogiem z Polską, niektóre zaś ostentacyjnie kontestują przebieg granicy na Odrze i Nysie, domagając się aneksji naszego terytorium. Zdecydowana większość "wypędzonych" nie liczy już na żadne odszkodowania czy też zadośćuczynienie ze strony Polski, Czech czy Rosji. Nie brakuje jednak radykalnych działaczy, sugerujących możliwość uzyskania pewnej rekompensaty po wejściu Polski i Czech do Unii Europejskiej.

Wśród "wypędzonych" można znaleźć zarówno przyjaciół Polski, jak i działaczy wrogo nastawionych do naszego kraju. Na tegorocznym zjeździe Ślązaków w Norymberdze można było kupić kapiące nienawiścią publikacje informujące o polskich rzeziach na niewinnych Niemcach oraz płyty kompaktowe z marszami Waffen-SS. Szczególne zainteresowanie mogły wzbudzić dwa "utwory" opatrzone tytułami: "Pod Modlinem" i "Marsz Prus Wschodnich". W folderze dołączonym do płyty można przeczytać, że powstały one pod wrażeniem "pierwszych zmagań wojennych SS". W okolicy, gdzie organizowane są zjazdy ziomkostw, rozdawane są ulotki skrajnie prawicowych partii: NPD i Republikanów. W trakcie tych zjazdów można np. wstąpić do Pruskiego Towarzystwa Powierniczego, obiecującego "zabezpieczenie niemieckiej własności na wschód od Odry i Nysy oraz w Sudetach". Oficjalnie przedstawiciele BdV deklarują, że nie mają z tym nic wspólnego. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że tolerują takie działania.

Steinbach i nowy wizerunek

Pojawiające się w niemieckich mediach informacje o związkach ziomkostw z radykalną prawicą irytują Steinbach i jej akolitów. Trudno się temu dziwić. Jedna z największych zasług, jakie Erika wyświadczyła BdV, to pozbawienie tej organizacji anachronicznego posmaku "wiecznie wczorajszych". Jeden z komentatorów dziennika "Bild-Zeitung", czytanego w Niemczech przez blisko 12 milionów osób dziennie, napisał o niej: "ta ubierająca się w kostiumy Escady dama, nosząca modne broszki", pozwala na nowe spojrzenie na Związek Wypędzonych, kojarzony przez długie lata z rewanżystami i osobami uwikłanymi w historię III Rzeszy.

Steinbach, której nie brak politycznych ambicji, rzeczywiście nieźle prezentuje się w mediach. Na ogół unika ostrych sformułowań. Często podkreśla swoją wszechstronność (z wykształcenia skrzypaczka, po zakończeniu kariery artystycznej - studia informatyczne). Dla wielu jest uosobieniem zmiany pokoleniowej, jaka dokonuje się w BdV.

By zrozumieć ewolucję w sposobie postrzegania BdV przez niemiecką opinię publiczną, należy bliżej przyjrzeć się stosunkowi, jaki do "wypędzonych" mają główne siły polityczne RFN.

Na początku lat 70. nastąpiło wyraźne zbliżenie BdV do chadecji, która nie aprobowała Brandtowskiej Ostpolitik. Kierownictwo Związku przejął wówczas chadecki polityk Herbert Czaja. Flirt z CDU/CSU wszedł w nową fazę po 1982 roku, kiedy władzę w Bonn przejął Helmut Kohl. W tym czasie wyraźnie wzrosły wydatki na działalność "wypędzonych". Chadecja mogła za to liczyć na poparcie członków Związku w wyborach (ok. 2 mln głosów). Również podczas ostatniej potyczki wyborczej w ubiegłym roku chadecja zapisała w swym programie wiele ziomkowskich postulatów. Sympatii do "wypędzonych" nie krył ożeniony z Niemką sudecką chadecki kandydat na kanclerza Edmund Stoiber.

Nikogo nie powinno też dziwić poparcie, którego Erice Steinbach i jej koncepcji Centrum udziela obecna przewodnicząca CDU Angela Merkel. Na początku września dała temu wyraz w Bundestagu, wygłaszając żarliwy apel w obronie berlińskiej lokalizacji Centrum. Główną stawką, o którą gra teraz szefowa chadeków, jest nominacja na kandydata CDU/CSU do fotela kanclerskiego przed kolejnymi wyborami do Bundestagu. Jej głównym konkurentem jest przedstawiciel konserwatywnego skrzydła partii, premier Hesji Roland Koch. Nic więc dziwnego, że pochodząca ze Wschodu Merkel (znany ze swych lewicowych sympatii ojciec, pastor, dobrowolnie przeniósł się z rodziną z Hamburga do NRD w latach 50.) stara się teraz o zdobycie poparcia partyjnych baronów z Zachodu, rozgrywając narodową kartę.

Stosunek SPD do wypędzonych ma charakter raczej ambiwalentny, chociaż w ciągu ostatnich lat nastąpiło istotne zbliżenie. Schršder ograniczył co prawda wydatki na utrzymanie "niemieckiego dziedzictwa kulturalnego i historycznego na Wschodzie"; utrzymał jednak pomoc finansową dla BdV i nadal wspiera napływ do RFN tzw. późnych przesiedleńców, realizując w ten sposób jeden z naczelnych postulatów Związku, który dba o rezerwuar potencjalnych nowych członków.

SPD opowiedziała się w 2002 roku za "dialogiem na temat europejskiego Centrum przeciw Wypędzeniom", odrzucając jednak berlińską lokalizację i opowiadając się przeciwko narodowemu wymiarowi Centrum; niemniej socjaldemokraci uznali konieczność powstania ośrodka zajmującego się wysiedleniami. Steinbach nie bez powodu poczytała to za swój sukces. Wyraźnego poparcia Centrum udziela były sekretarz wykonawczy SPD i bliski były współpracownik Willy'ego Brandta, Peter Glotz. Z narodową koncepcją Centrum sympatyzuje szef resortu spraw wewnętrznych Otto Schily.

Prominentni politycy socjaldemokratyczni zaczęli bywać na oficjalnych uroczystościach BdV. Zarówno kanclerz Schršder, jak i prezydent Rau byli honorowymi gośćmi ziomków. Otto Schily oficjalnie przeprosił za trwającą wiele lat nieufność socjaldemokratów wobec "wypędzonych", deklarując, że epoka wzajemnego braku zrozumienia dobiegła końca. W 1999 roku przyznał, że niemiecka lewica przez długie lata nie chciała dostrzec zbrodni dokonanych na "wypędzonych" i zadanych im cierpień zarówno z braku zainteresowania tym tematem, jak i z obawy przed zarzutem rewanżyzmu oraz "błędnej wiary, że przemilczanie tego problemu ułatwi porozumienie ze wschodnimi sąsiadami. Tego rodzaju zachowanie było wyrazem bojaźni. Tymczasem zrozumieliśmy, że fundament dobrego i pokojowego współistnienia możemy stworzyć jedynie, znajdując odwagę do posługiwania się jasnym językiem i spoglądając prawdzie w twarz" - powiedział wtedy Schily.

Co dalej?

Trudno przewidzieć przyszłość BdV. Czas zasadniczo gra na niekorzyść "wypędzonych". Jesteśmy jednak świadkami szybko postępujących zmian w świadomości historycznej naszych zachodnich sąsiadów i ich rosnącej gotowości do postrzegania się w charakterze ofiary ostatniej wojny. A tu "wypędzeni" mają swoim rodakom sporo do zaoferowania. Dyskusja na ten temat nie zniknie szybko z niemieckich mediów. Już niebawem książkę o "wypędzeniu" wyda współprzewodniczący zbliżonej do BdV Fundacji Centrum przeciw Wypędzeniom Peter Glotz. Fragmenty zamieści "Bild-Zeitung". W najbliższym czasie przypadną okrągłe rocznice fali ucieczek, wysiedleń i bombardowań niemieckich miast w latach 1944 - 1945. Będzie to dobra okazja do kontynuowania debaty na ten temat.

Nie sposób sobie wyobrazić, by Steinbach dała się wyprosić z politycznych salonów Berlina, na które udało się jej wprowadzić BdV. Trudno też przyjąć, że zrezygnuje z zamiaru budowy Centrum. Pokazała to wyraźnie wtorkowa dyskusja w siedzibie "Rzeczpospolitej" w Warszawie. Jeżeli chadecja wygra następne wybory, pewnie znajdą się publiczne środki na realizację berlińskiej koncepcji Centrum. Steinbach może też rozpocząć budowę Centrum na własną rękę. Niemcy to bogaty kraj, w którym nie brakuje zamożnych sympatyków Związku.

Przyszłość BdV i jego pozycja na niemieckiej scenie politycznej tylko w niewielkim stopniu zależy od polskiej polityki wobec ziomkostw. Jeżeli jednak niemiecki rząd wstrzymuje dotacje dla Ziomkostwa Prus Wschodnich, które w swoim statucie domaga się aneksji części polskiego terytorium, a władze samorządowe pewnego miasteczka w północno-wschodniej Polsce fetują wiceprzewodniczącego tej organizacji, to coś jest tu chyba nie w porządku. Postępując w ten sposób, nolens volens, umacniamy pozycję radykalnych ziomków. Już chyba najwyższy czas, zastanowić się nad naszą strategią wobec "wypędzonych". Choć trzeba pamiętać, że nie każdy ziomek formułuje żądania i fałszuje historię.

Autor studiował germanistykę i stosunki międzynarodwe w Warszawie i w Hamburgu. W latach 1998-2003 był sekretarzem Ambasady RP w Niemczech.


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.